Woodstock i Jimi Hendrix piórem dziennikarzy magazynu "Far Out"
Wszyscy słyszeli o festiwalu Woodstock 1969, ale znacznie mniej osób potrafiłoby z pełnym przekonaniem wymienić tytuł chociaż jednej piosenki, która tam została zagrana, poza utworem „Star Spangled Banner” Jimiego Hendrixa.
Jeśli istnieje jakiś dwugodzinny okres, który idealnie oddaje erę kontrkultury lat 60., to jest nim prawdopodobnie występ Jimiego Hendrixa na Festiwalu Woodstock; decydujący moment festiwalu, który utrwalił hipisowską mentalność w świadomości publicznej i potwierdził pozycję artysty jako najwybitniejszego gitarzysty w historii rock and rolla.
Jak może zaświadczyć reszta niezaprzeczalnie bogatego składu z tego pamiętnego weekendu w 1969 roku, konkurowanie z Jimim Hendrixem było niemożliwe. Pomimo niesamowitych występów takich zespołów jak Sly and the Family Stone, Jefferson Airplane i The Who – by wymienić tylko kilka – obraz odurzonego ciała Hendrixa, czczącego jego płonącego Stratocastera, jest prawdopodobnie najtrwalszym obrazem zarówno z tego festiwalu, jak i z ery hipisowskiej w ogóle. Wszyscy pozostali na Woodstocku zostali przyćmieni przez psychodelicznego mistrza, w tym pozostali członkowie jego własnej grupy.
Zanim gitarzysta dotarł na pagórkowate, zielone pola Woodstocku, The Experience rozpadło się w dramatyczny sposób kilka miesięcy wcześniej. Choć nie było wątpliwości, że Hendrix może grać dalej sam, powierzono mu zadanie zrekrutowania nowych muzyków, aby wzbogacić brzmienie tego festiwalowego występu.
Zwrócił się więc o pomoc do starego przyjaciela i gitarzysty Larry'ego Lee, z którym zaprzyjaźnił się, gdy na początku dekady grał jako gitarzysta R&B w klubach muzycznych.
W ciągu kilku lat obaj gitarzyści podążyli zupełnie różnymi ścieżkami: Hendrix został dostrzeżony przez Chasa Chandlera i sprowadzony do Wielkiej Brytanii, by tam rozwinąć swoją artystyczną duszę, a Lee został powołany do wojska w Wietnamie, gdzie ostatecznie został postrzelony w głowę i otrzymał bilet powrotny do Ameryki. Bezrobotny, bez steru i niewątpliwie cierpiący z powodu traumy wywołanej przez otoczenie podczas tego konfliktu, gdy Lee wrócił do domu w 1969 roku, jedną z pierwszych osób, które nawiązały z nim kontakt, był Jimi Hendrix.
„Jimi miał numer mojej mamy, a Billy [Cox] zadzwonił do mnie z Nowego Jorku” – powiedział gitarzysta magazynowi Guitar World o swoim powrocie z wojska. „Byłem w domu z Wietnamu jakieś dwa tygodnie. Wróciłem z urzędu pracy, kiedy zadzwonił telefon – to był Billy”. Nie wiedział wtedy, że dzięki tej rozmowie weźmie udział w największym wydarzeniu kontrkulturowym tamtej epoki.
„Powiedział: »Jestem w Nowym Jorku z Jimim«. Połączył się z nim przez telefon” – kontynuował Lee. „Był tym samym Jimim, bez zmian. Powiedział: »Hej, co robisz? Spróbujemy tu kilku rzeczy. Chcielibyśmy, żebyś do nas dołączył«”. Chociaż Hendrix nie pomyślał, żeby wspomnieć, że koncert, który oferował, to w rzeczywistości Festiwal Woodstock, Lee nie widział powodu, żeby nie pojechać do Nowego Jorku i nie spędzić miesiąca na próbach ze starym kumplem.
Następnie, gdy nadeszła ta pamiętna niedziela, Larry Lee wystąpił na scenie z Hendrixem, wspierając niezapomniany występ, który zdefiniuje cały festiwal. Chociaż wspomnienie tego występu często sprowadza się do gitarzysty, to właśnie wsparcie starych przyjaciół, takich jak Lee, sprawiło, że występ był tak wyjątkowy, przynajmniej w oczach samego Jimiego Hendrixa.
„Jimi, z czerwoną chustą na głowie i ubrany w białą, skórzaną koszulę z frędzlami i koralikami, wyglądał niemal jak mistyczny święty człowiek pogrążony w medytacji… Połączył się ze swoją muzyką… ze swoją magiczną różdżką” – powiedział kiedyś współtwórca Woodstocku, Michael Lang, o momencie, w którym ikoniczny gitarzysta wyszedł na scenę festiwalu.
To prawda, Hendrix idealnie pasował do tego wydarzenia. Zapowiadano je jako moment, w którym kontrkultura prawdziwie się broniła, gromadząc się na błotnistym terenie wybranego przez Langa pola, by obalić społeczne konstrukty, na których rzekomo zbudowany był świat Zachodu. Kapitalizm i wszystkie jego wady nie miały miejsca w Woodstock, więc oczywiście Hendrix w bandanie był idealną osobą, by wejść na scenę.
Grupa fanów hipisów czekała z zapartym tchem, spragnieni, by zaśpiewał jeden z najpopularniejszych utworów, które uczyniły go ikoną swoich czasów. W repertuarze były „Voodoo Child”, „Purple Haze” i „Hey Joe”, ale żaden z nich nie zrobił takiego wrażenia, jak amerykański hymn narodowy.
Ścieżka dźwiękowa społeczeństwa, z którym walczyła ta grupa liberałów, znalazła się w repertuarze Hendrixa i stała się jednym z najjaśniejszych momentów weekendu. Z podziwem obserwowali, jak grał melodię z całą pasją i furią, jakich można oczekiwać od obywatela Ameryki, a jednocześnie niemal przekształcając ją w pieśń rewolucyjną, pozwalając, by każda nuta krwawiła wraz z krajem pogrążającym się w wojnie w Wietnamie.
Lang kontynuował, wychwalając moment słowami: „Zinterpretował »Sztandar Gwiaździsty« i nadał mu znaczenie bliższe temu, z czego wszyscy pochodziliśmy… To był antywojenny nastrój. Uświadomił nam to w sposób, w jaki nikt inny tego nie zrobił”.
To był moment, na który Lang liczył, moment, który skrystalizował nastroje panujące przez cały weekend i ostatecznie zmobilizował tę grupę liberałów. Nic więc dziwnego, że z biegiem lat anegdota nabierała barw. Niektórzy twierdzą, że piosenka Hendrixa trwała 15 minut, inni, że grano ją dwa razy, a wielu podkreślało, jak niesamowity był ten moment, biorąc pod uwagę liczbę osób, przed którymi ją puszczono: prawie pół miliona, jeśli wziąć pod uwagę niektóre z najwyższych widowni Woodstocku.
Ale czy Jimi Hendrix grał przed 500 000 publicznością na Woodstocku?
Nie, możemy stanowczo stwierdzić, że to nieprawda, choć bardzo byśmy tego chcieli. Choć ten moment jest wyjątkowy w kulturze muzycznej, nie psujmy go całkowicie bezpodstawnymi kłamstwami na temat liczebności publiczności, bo to po prostu nieprawda.
Prawda jest taka, że program festiwalu był naznaczony niekończącymi się, dramatycznymi opóźnieniami z powodu problemów technicznych spowodowanych pogodą. W rezultacie koncert Hendrixa musiał zostać przesunięty na około dziewiątą rano w poniedziałek, a następnie zagrał dla około 30-40 000 osób.
źródło: https://faroutmagazine.co.uk/how-many-people-did-jimi-hendrix-really-play-to-at-woodstock/
zanim Jimi Hendrix podbił świat swoim triumfalnym występem w 1969 r., to, co stało się znane jako Woodstock, było czymś bardzo odległym od pierwotnego pomysłu, który podzielali dwaj przyjaciele.
Szeroko kojarzony z ruchem hipisowskim lat 60., oryginalny Woodstock odbył się w dniach 15–18 sierpnia 1969 roku na farmie mleczarskiej Maxa Yasgura w Bethel w północnej części stanu Nowy Jork. Klasyczna, pierwsza edycja była reklamowana jako „Wystawa Wodnika: 3 dni pokoju i muzyki”. Jak na ironię, ten opis nie mógł być bardziej odległy od edycji z okazji 30. rocznicy, reklamowanej jako duchowy następca kultowego, przesiąkniętego LSD wydarzenia, które okazało się autentycznym odzwierciedleniem tezy Thomasa Hobbesa, „Stan natury”.
Sceny z dziesiątkami topless hipisów, oszołomionych kwasem lizergowym, albo hordami fanatyków bro-metalu szalejących i podpalających to miejsce trzydzieści lat później, wydają się niewyobrażalną rzeczywistością, gdy porówna się ją z pierwotną ideą Woodstock.
Pomysłodawcami festiwalu byli Joel Rosenman i John P. Roberts. Początkowo Rosenman był muzykiem, występującym na rozkwitającej scenie Greenwich Village w Nowym Jorku. W 1967 roku legendarny John Hammond, szef działu A&R w wytwórni Columbia Records, zaproponował mu kontrakt płytowy jako wokalista.
Odrzucił jednak tę szansę i wybrał, jak uważał, bardziej ekscytującą karierę w pisaniu scenariuszy i inwestowaniu w kapitał wysokiego ryzyka, u boku swojego bliskiego przyjaciela, Johna P. Robertsa. W końcu Roberts był spadkobiercą lukratywnej fortuny związanej z klejami do protez Polident/Poli-grip i oferował szereg możliwości finansowych.
Później tego samego roku duet stworzył pilotażowy odcinek sitcomu, którego akcja rozgrywała się w dwóch młodych mężczyznach poszukujących okazji inwestycyjnych. Jako młodzi, pełni zapału inwestorzy venture capital, duet rozpaczliwie potrzebował bardziej namacalnego materiału do serialu. Dążąc do sukcesu, zdecydowali się zamieścić ogłoszenie w „ The New York Times” i „The Wall Street Journal”. Przedstawiali się jako „młodzi mężczyźni z nieograniczonym kapitałem”, którzy poszukują „legalnych i interesujących… propozycji biznesowych”.
Relacje są różne, ale para otrzymała od setek do pięciu tysięcy odpowiedzi, od całkowicie nieprawdopodobnych po niewątpliwie kuszące propozycje biznesowe. Zaczęli badać niektóre z proponowanych możliwości inwestycyjnych. Wkrótce sitcom został odłożony na półkę.
Wśród tłumów respondentów reklamy znaleźli się Michael Lang i Artie Kornfeld. Ten hipisowski duet zaproponował budowę studia nagraniowego w rozwijającej się dzielnicy Woodstock, na nowojorskiej prowincji. Lang miał już pewne doświadczenie w promocji muzyki i był współorganizatorem udanego Miami Pop Festival w maju 1968 roku, co sprawiało, że jego firma wydawała się rzetelną inwestycją.
Jednak pierwotnym pomysłem Langa i Kornfelda było wybudowanie studia i zachęcenie do korzystania z niego najbardziej znanych lokalnych mieszkańców, w tym Boba Dylana , Jimiego Hendrixa i The Band.
Przenieśmy się do początku 1969 roku, a Roberts i Roseman byli już pełnoprawnymi nowojorskimi przedsiębiorcami. Nasi początkujący biznesmeni zgodzili się już na budowę kolejnego studia o nazwie „Media Sound” na Manhattanie, kiedy Miles Lourie, prawnik Langa i Kornfelda, który zajmował się obsługą prawną, zasugerował im kontakt z Robertsem i Rosenmanem w sprawie sfinansowania mniejszego projektu, którego pragnęli w Woodstock.
Roberts i Rosenman, którzy znaleźli się teraz w pozycji siły, złożyli kontrpropozycję. Duet chciał zorganizować koncert, ponownie z udziałem lokalnej stolicy muzyki – Boba Dylana i The Band. Dostrzegając nieograniczone możliwości, Kornfeld i Lang szybko się zgodzili i w styczniu 1969 roku powstała spółka-matka Woodstock Ventures .
Powstał plan, a miejscem koncertu była farma mleczarska Yasgura w Bethel, która znajdowała się poza Woodstockiem, ponieważ dysponowała wystarczającą powierzchnią, aby zorganizować koncert dla masowej publiczności. Co więcej, protesty mieszkańców w niektórych proponowanych lokalizacjach doprowadziły do kilkukrotnej zmiany miejsca koncertu przez kwartet.
W kwietniu tego roku, legendarni artyści rocka bagiennego, Creedence Clearwater Revival, jako pierwsi podpisali kontrakt na to wydarzenie, a po tym wydarzeniu zgodziło się zagrać całe mnóstwo innych wielkich zespołów, w tym Hendrix, Grateful Dead i The Who. Jak na ironię, nie zagrali ani Bob Dylan, ani The Band, ponieważ obaj mieli inne plany. Wśród nich był syn Dylana, który zranił się o drzwi kabiny liniowca Queen Elizabeth II, oraz występ na Isle of Wight Festival kilka dni później. Później perkusista Creedence, Doug Clifford, wspominał: „Kiedy Creedence podpisało kontrakt, wszyscy ustawili się w kolejce i zaczęli grać inni giganci”.
Koszt produkcji tego przełomowego festiwalu szacowany jest na 2,4 miliona dolarów i 3,1 miliona dolarów, a wpływy z biletów wstępu wyniosły 1,8 miliona dolarów. Kwartet zarobił na kultowym filmie i ścieżce dźwiękowej do tego wydarzenia, a P. Roberts twierdził, że spłacił długi dopiero jedenaście lat później, w 1980 roku. Tak czy inaczej, wydarzenie przyciągnęło ponad 400 000 odwiedzających, ponad dwukrotnie więcej niż oczekiwano. To ogromny sukces naszego kwartetu oszustów. To zabawne, jak pomysł może rozkręcić się jak kula śnieżna.
festiwal, który zdefiniował wszystkie festiwale w przyszłości, był kolosalną katastrofą od początku do końca.
Jimi Hendrix zdefiniował całą swoją karierę i chaos końca lat 60. jednym gitarowym solo
sam koncert był piekielnie trudny do zorganizowania, nikt nie ma dobrej historii o występie tam, i, bądźmy szczerzy, czy ktokolwiek, kto tam był, pamiętałby go, gdyby nie ekipa filmowa? To chyba dobrze, że zapomnieli; w końcu kto chciałby pamiętać utknięcie w półmetrowej warstwie błota z 400 000 hipisów? Niektóre historie są jednak fenomenalne, więc przynajmniej to ma swoje plusy.
Ruch uliczny był tak duży, że muzycy musieli pokonać pieszo 45 kilometrów, aby dotrzeć na miejsce, zanim przetransportowano ich helikopterem z pobliskiej bazy wojskowej. Creedence Clearwater Revival zagrał o wpół do drugiej w nocy, bez udziału publiczności, ponieważ całe wydarzenie było pogrążone we śnie. Bob Dylan, który mieszkał niedaleko, spędził cały tydzień w swoim domu, otoczony hipisami, którzy bezskutecznie próbowali go zmusić do gry. Potem nastąpiła seria niefortunnych zdarzeń, które były czasem The Who w północnej części stanu Nowy Jork.
The Who przybyli i natychmiast usłyszeli, że nie wyjdą na scenę przed późnym rankiem. Wtedy Roger Daltrey przekonał się na własnej skórze, że każda kropla płynu na miejscu, aż po kostki lodu, była zmieszana z LSD i że ich występ był na niewiarygodnie wysokim poziomie.
Potem, jakoś w połowie ich występu (nie da się ukryć, że to absolutny klasyk), sprawy potoczyły się jeszcze gorzej. Abbie Hoffman uznał, że to idealny moment, by zacząć protestować przeciwko wyrokowi więzienia dla Johna Sinclaira do mikrofonu Pete'a Townshenda . Mężczyzna najwyraźniej nie dowiedział się, co Ol' Peteykins lubi robić z gitarami, więc najpierw, delikatnie i intymnie, został zapoznany z Gibsonem SG Townshenda.
Kiedy Jimi Hendrix i jego zespół towarzyszący, „The Gypsy Sun and Rainbows”, wyszli na scenę jako ostatni występ weekendu, weekend już dawno przestał być tym, czym był. Z powodu opóźnień spowodowanych deszczem, Hendrix wystąpił w poniedziałek o 8:30 rano przed publicznością liczącą mniej więcej dziesięć razy mniej niż dwie noce wcześniej. Hendrix postanowił nagrodzić wiernych fanów, którzy wytrwali do samego końca, jednym z najważniejszych momentów lat 60.
Przez około rok Hendrix wplatał w swój set bezbożnie głośną, przesiąkniętą sprzężeniami wersję „The Star-Spangled Banner”. Wersja z Woodstocku, uchwycona i umieszczona jako punkt kulminacyjny przełomowego filmu dokumentalnego Michaela Wadleigha o festiwalu, stała się ikoną kontrkultury lat 60. Własny sposób wirtuoza na opowiedzenie, co wojna w Wietnamie zrobiła z dziedzictwem jego kraju. To, co kiedyś było dumne i piękne, stało się teraz perwersyjnym, przerażającym wypaczeniem dawnej świetności.
Billy Cox, basista Hendrixa, mówił o tym, ile czasu i poświęcenia gitarzysta prowadzący włożył w koncert, zauważając: „Jimi był Woodstockiem, zarówno umysłem, jak i ciałem. Mówi się, że mieliśmy tylko dwie próby przed festiwalem. To bzdura. Wynajęliśmy tam mieszkanie na około miesiąc, żeby ćwiczyć”.
Jednak był jeden moment, którego nawet Cox nie był świadomy, mimo tak wielu przygotowań – solówka Hendrixa w utworze „Star-Spangled Banner” . To prawdopodobnie najsłynniejsze solo gitarowe na świecie, a Cox, który widział Woodstock na własne oczy, uważa, że jego piękno definiuje festiwal i całą dekadę.
„Graliśmy prawie dwie godziny” – powiedział. „Nie wiedziałem, że Jimi zagra »Gwiaździsty Sztandar«. Zagrałem kilka pierwszych nut, a potem po prostu przestałem i pozwoliłem mu grać. Nigdy nie słyszałem nikogo grającego na gitarze w ten sposób. Ludzie mówią, że ten moment zdefiniował lata 60. I rzeczywiście”.
Gdy Dick Cavett w swoim programie telewizyjnym, kilka tygodni po koncercie, zapytał go dlaczego tak zagrał, Jimi odpowiedział tylko w swoim typowym, powściągliwym stylu. „Po prostu to zagrałem, jestem Amerykaninem, więc to zagrałem… to nie jest nieortodoksyjne. Pomyślałem, że to piękne”.
Co ciekawe, żadnemu z zespołów występujących na Woodstocku nie udało się znaleźć na szczycie list przebojów w trakcie trwania festiwalu.
W USA utwór „In the Year 2525 (Exordium and Terminus)” Zagera i Evansa znalazł się na szczycie listy przebojów Hot Country Singles magazynu Billboard.
Tydzień później utwór został pokonany przez „Honky Tonk Women” The Rolling Stones , który już w weekend Woodstocku przewodził brytyjskim listom przebojów. Zwycięstwo Stonesów nad listami przebojów już tydzień po festiwalu było w pełni uzasadnione, ponieważ oddało retrospektywny nastrój wydarzenia, który bezpośrednio wpłynął na kulturę przez resztę roku.


.jpg)
.webp)

Komentarze
Prześlij komentarz